Szosowy Klasyk, czyli Wstęga Kaczawy

Oj, nie lubię, nie lubię… ścigać się. Zwłaszcza, gdy i tak wiem, że jestem bez szans, bo rywale to wprawdzie amatorzy, ale przy mnie to jakby zawodowcy… Ale po kolei…

Start w Rynku. Kolejne grupy wiekowe w odstępach minuty powoli, jakby ociężale ruszały ku ul. Bolesława Krzywoustego, skąd zaczynał się pomiar czasu. Tak myślałem, bo gdy się zorientowałem w sytuacji, koledzy, z którymi jeszcze przed chwilą rozmawiałem byli już kilkadziesiąt metrów przede mną. Spokojnie – pomyślałem – na Krzywoustego, pod górkę ich dojdę. Pod Lidlem zobaczyłem już tylko ich koszulki jak znikają na zakręcie na szczycie. Wprawdzie udało mi się kogoś wyprzedzić, wdrapując się na pagórek, ale gdy już byłem na wysokości dawnego zakładu Interdekoru, tamci już dojeżdżali do skrzyżowania na Leszczynę. Nadzieja umiera ostatnia. Leszczyna ich wykończy…

Jak przyznał się później Darek Spychała po wjeździe na Krzywoustego miał tętno 183. No cóż, tętno mierzą zawodowcy, ja na szczęście nie mam takiego urządzenia, bo pewnie w tym momencie skończyłbym zawody. Jak się jednak później okazało i tak o prawie pół minuty szybciej wdrapałem się na Strefę, niż to czyniłem do tej pory.


Generalnie wyścig kolarski polega na tym, że jedzie się w peletonie, albo w najgorszym wypadku w grupie. Jest wtedy o wiele łatwiej, mniejsze opory powietrza za sprawą zawodników, którzy tworzą tunel aerodynamiczny, sprawiają, że rozwija się bez większego wysiłku dosyć dużą prędkość. W zeszłym roku w ten sposób udało mi się przejechać przeszło pół wyścigu. Wystarczyło tylko załapać się do odpowiedniej, dostosowanej do mojej kondycji grupy. Ale wtedy po pierwszych górkach było dużo płaskiego. A w tym roku było albo pod górę, albo z góry. I nawet nie mogę mieć do kogoś pretensję, bo sam – z Maćkiem Grabkiem – organizatorem tego wyścigu, trasę ustalałem.


Tak więc od początku do samego końca był to dla mnie indywidualny wyścig na czas.
Ale jadę. Na drodze do Leszczyny próbuję dogonić grupę przede mną, ale ona się oddala zamiast przybliżać. Wprawdzie znowu kogoś wyprzedzam, ale nie wiem, czy to nie są przypadkiem jacyś turyści. Ostry zjazd do Leszczyny – życie jeszcze mi miłe, ale kątem oka widzę, że licznik pokazuje 60 km/h. Skansen. No to teraz zobaczymy, czy chłopcy nie przesadzili z tempem. Nie przesadzili. Za to za sobą słyszę szum gum. Dużo tych gum. To cała wataha sześćdziesięcio- i siedemdziesięciolatków dogania mnie w połowie podjazdu w Leszczynie. Poszli, jak przeciag… Mijam Leszczynę, widzę rozciągniętą już grupę w stronę Stanisławowa. Prędkość spada do 10 km/h. No to co, że wyprzedzam kolejnych zawodników, jak mnie z kolei z gracją i lekkością wyprzedzają kobiety!


Widać już podjazd pod radiostację. 15% nachylenia. Paru gości prowadzi rower. Jeszcze parę depnięć i jest przewyższenie. Kilkanaście sekund zabrakło do życiówki na tym ponad 3 km podjeździe. Teraz kolejne wyzwanie – ponad 5 km zjazdu. O tym, że to nie jest bułka z masłem, przekonałem się już na początku. Ratownicy właśnie zbierali z drogi delikwenta, który wyłożył się na zakręcie. Na szczęście był przytomny.
Przed Sichowem udaje mi się wyprzedzić grupkę, z którą zjeżdżałem. Pod górkę przed Chroślicami doszli mnie jednak i chwilę jedziemy razem.


Tuż za Chroślicami wyprzedzają mnie dwie panie K45 i K50. Chwilę jadę im na kole, ale to trochę wstyd się tak wozić za kobietami, a może już brak sił, więc pod górę wspinam się już samotnie. Wzniesienie na Bogaczów i Pomocne. Bardzo lubię tę drogę zatopioną w lesie. Ale nie tym razem. Znowu udaje mi się paru wyprzedzić i to z młodszych roczników. Duma mnie rozpiera, do czasu, gdy mija mnie siedemdziesięciolatek, który na tak zwanego stojaka rytmicznie na “blacie” pokonuje kilkunastoprocentowe nachylenie. Gdy później opowiadam o tym Maćkowi Grabkowi, ten mówi: Nie przejmuj się. Widzisz, tam stoi Heniu Charucki, rocznik 55, kiedyś wygrał Tour de Pologne. Młodzi w górach przy nim wysiadają.


Plan był taki, żeby po wdrapaniu się na lotnisko w Stanisławowie schować się za kimś, bo tam zawsze wieje od przodu. Ale z przodu nikogo nie było, za to za mną ktoś się zabrał. Wprawdzie zgubiłem go pod Trupniem (co widać na załączonym u góry obrazku), ale doszedł mnie na finiszu w Rynku.
Dalej z Trupnia przez Wilków i Strefę to już bułka z masłem. Pomijając prędkość przy zjeździe, która znowu dochodziła do 60 km/h.


Czas przejazdu 1 godz. 43 min przy 44 km i 164 miejsce, a 20 kategorii wiekowej – na pewno rewelacyjne nie są, ale na miarę moich możliwości – już do przyjęcia. Dla porównania Tomek Harkawy pokonał tę trasę w 1 godz. i 17 min. i był 12. (w swojej kategorii – 3), a Darek Spychała w 1 godz. 28 min i był 79 (w swojej kategorii 7).


Natomiast to, co może budzić największą satysfakcję: opinie wśród uczestników są znakomite. Chwalą organizację wyścigu, a przede wszystkim wspaniałą, wymagającą, ale przepiękną trasę z ośnieżonymi Karkonoszami w tle. I zapowiadają, że za rok znowu przyjadą. Więc trzeba będzie znowu wystartować, ale może trochę wyprostujemy trasę?


✎ Wyścig przeżył Robert Pawłowski
◙ Szosowy Klasyk

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *