Schadenfreude, czyli cycki i babole

Przeczytasz w:3 min., 45 s.

Być może, gdy byliście w zoo, albo oglądaliście jakiś program przyrodniczy natrafiliście na scenkę rodzajową: oto siedzi sobie małpiszon, dajmy na to pawian i nagle na głowę spada mu owoc… Co robi reszta pawianów? Tarza się ze śmiechu po ziemi, gdy ten obmacuje bolące miejsce.  Czy ze wzrostem liczby połączeń neuronowych w mózgu, rozwijają się również takie cechy charakteru, jak: zawiść, zazdrość, radość z czyjegoś niepowodzenia?

Przyglądając się naszemu życiu społecznemu, można odnieść wrażenie, że czymś niemal powszechnym jest radość z czyjegoś niepowodzenia. Są takie kraje, gdzie gdy sąsiad osiągnie wyższy status materialny, to inni chcą go doścignąć i tak jak on ciężko pracują na sukces. U nas zaś czeka się na jego niepowodzenie, bo z całą pewnością – albo ukradł, albo załatwił sobie po znajomości.

Czy cieszą nas sukcesy innych?

Chciałoby się rzec, że przykład idzie z góry. Czy widzieliście posła partii opozycyjnej, który dawał wyraz swojej szczerej radości z sukcesu rządu?  Albo premiera kolejnego rządu, który pochwalił swoich poprzedników? Nawet, gdy coś za taki sukces w powszechnej opinii uchodzi, zaczyna się szukanie dziury w całym.

Zresztą, po co daleko szukać, jak pod ręką mamy rodzime przykłady? Pierwszy z brzegu, z tego tygodnia. Ostatnio przez jakiś czas, nie działał jeden z wyświetlaczy prędkości. Internauta o pseudonimie „Złosliwy” pod artykułem o dosprzętawianiu spółki komunalnej napisał: „Radarowy wyświetlacz na Legnickiej już pokonany. Zabiło go minus trzy. Zobaczymy ile stopni mrozu pokona RPK.”

Pomijam już fakt, że w tym dniu firma serwisowa wymieniała oprogramowanie wyświetlacza, to nawet, gdyby rzeczywiście się zepsuł, to stanowi to raczej dziwny powód do radości. Tym bardziej, że wyświetlacz służy nam wszystkim i trzeba przyznać, że zdecydowana większość kierowców mija go już z przepisową prędkością.

Ścieżka marzeń nad Zalew

Kolejny przykład, który przychodzi mi do głowy, to zejście nad Zalew, dzięki któremu tysiące złotoryjan, zamiast taplać i ślizgać się w błocie może spacerować lub jeździć rowerem.  Może i fajniej byłoby, gdyby ścieżkę wyłożono jakąś ozdobną kostką, obłożono krawężnikami, zastosowano, jak proponował jeden z projektantów, wbudowane w nawierzchnię lampy – jednym słowem – zrobiono na bogato. Gdybyśmy jednak od początku poczynili takie założenia – do dzisiaj zejście, zwłaszcza na przełomie jesieni i zimy oraz zimy i wiosny miałoby charakter ekstremalnego wyzwania.

Przypominam sobie, ile radości, której naprawdę nie dało się ukryć, wywołało u niektórych, gdy okazało się, że na kilkunastometrowym odcinku po paru miesiącach popękała nawierzchnia. Już oczami wyobraźni widzieli, że całą drogę coś trafi. Minęło kilka lat. Nad Zalew można zejść wygodnie suchą stopą. W zeszłym roku zamontowaliśmy lampy. Założenia projektowe zostały zrealizowane. A jak kiedyś ktoś znajdzie pieniądze na udoskonalenie tej ścieżki, to baza i najtrudniejsza część zadania jest już wykonana, i można będzie ją nawet marmurem wyłożyć, choć to raczej niezbyt dobry pomysł w tym przypadku.

Wypustki zwane “cyckami”

Kolejna inwestycja, to chodnik pieszo-rowerowy przy ul. Hożej i mityczne już tak zwane „cycki”. Osobiście nie lubię tego określenia, no ale tak się już jakoś przyjęło i wszyscy wiedzą, o co chodzi. Samo zwężenie ul. Hożej wpłynęło na poprawę bezpieczeństwa, ruch się nieco uspokoił i w zasadzie dosyć częste kiedyś kontrole radarowe, nie są już dzisiaj tam konieczne. Wiele jednak osób z niecierpliwością czeka, aż mijające się samochody stukną się, albo przynajmniej trącą lusterkami.

Co do samych wypustek, w założeniu miały chronić wystające części parkujących samochodów, natomiast podczas planowanego remontu ul. Hożej trzeba będzie je na pewno nieco skorygować i być może w większym stopniu oprzeć się na tak zwanym martwym polu wymalowanym na jezdni.

Natomiast sama idea ścieżki pieszo-rowerowej zdała i zdaje egzamin. Wbrew temu, co mówią niektórzy, poruszają się nią rowerzyści, a i wielu pieszych docenia szeroką, równą nawierzchnię. I to pewnie boli najbardziej.

Niech pierwszy rzuci kamieniem

Ktoś kto nigdy nie projektował i nie realizował potem inwestycji, nie jest w stanie pojąć, że często to co opuszcza deskę kreślarską musi być później korygowane w terenie z różnych względów. Czasem wynika to wprost z błędu projektanta, czasami to okoliczności, których projektant nie był w stanie przewidzieć, a czasem to, co wydaje się być świetnym rozwiązaniem w teorii, w praktyce okazuje się, że nie spełni naszych oczekiwań. Dobrze, gdy można to skorygować w trakcie budowy.

Każdy się myli. Nie zawsze w pełni jesteśmy zadowoleni z efektów naszej pracy. Ważne jednak, żebyśmy częściej widzieli szklankę do połowy pełną, niż w połowie pustą. Ale nawet, gdybyśmy byli mistrzami świata w projektowaniu i realizacji inwestycji, zawsze znajdą się tacy, którzy z kluchą w gardle będą patrzeć na nasz sukces i czekać z nadzieją, że dojdzie do mniejszej lub większej katastrofy, aby cieszyć się z naszego niepowodzenia.

Szczęśliwy
Szczęśliwy
100 %
Smutny
Smutny
0 %
Podekscytowany
Podekscytowany
0 %
Senny
Senny
0 %
Zły
Zły
0 %
Zaskoczony
Zaskoczony
0 %

Średnia ocena

5 Star
0%
4 Star
0%
3 Star
0%
2 Star
0%
1 Star
0%

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Poprzedni post Podatki – kto zyskuje, kto “traci”?
Następny post Będzie rondo na ul. Legnickiej